Pierwszy duathlon
Autor: Bartek Skalski,  2008-02-05

Po kontuzyjnym roku 2007, chwilowo mój apetyt na starty w zawodach zanikł zupełnie. W tym duathlonie też nie planowałem brać udziału. Kondycja słabiutka, dodatkowo w obydwu rowerach mam pedały zatrzaskowe, czarno widziałem zmiany obuwia, a nie lubię w nieskończoność zamieniać ze sobą platform i SPDów. O starcie zdecydowałem dopiero wtedy, gdy ujrzałem na forum, że pojawi się Ojla. Pomyślałem sobie, że nie będzie źle, najwyżej będę trzeci od końca, z Ewą też powinienem dać sobie radę, straty na zmiany obuwia mam szansę nadrobić podczas odcinków biegowych.

Piątek wieczorem, przygotowanie roweru zakończyłem na uzupełnieniu powietrza. Powinienem zmienić opony, ale lenistwo wzięło górę. W sobotę rano pobudka, nie mam ochoty wychodzić z łóżka. Ewa jednak jest zdecydowana, więc właściwie nie mam wyjścia, muszę jechać. Na Młociny przyjechaliśmy kilka minut przed godziną 9, Adama jeszcze nie było, ale może lepiej, miałem szansę na psychiczne przygotowanie się do startu. Zapisy, wizyta w pobliskich krzakach, krótka instrukcja, pamiątkowe zdjęcie, start.

Biegnę wolniej niż planowałem, chciałem pierwsze kółko zrobić w 4’20”-30”, ale nikt się nie wyrywał, spokojnie przemieszczamy się w kilkuosobowej grupie. Po raz pierwszy staruję w duathlonie, nie wiem jak rozłożyć siły, więc się nie wychylam. Pierwsza tempa nie wytrzymała Ester, ruszyła do przodu. Zaczęło się, pomyślałem, również lekko przyspieszam. Mam mieszane uczucia, nie śledziłem wątku IM2010 i nie wiem, jakie doświadczenia i wytrenowanie mają pozostali uczestnicy, ale decyduję się i wychodzę na prowadzenie, dołącza się do mnie Grzegorz. Czas mija szybko. Rozmawiając pokonujemy pierwszą pętlę. Zmiana obuwia, słyszę Adama, który mnie popędza, obydwie pary butów mam wiązane sznurówkami, tracę dużo cennych sekund. Jak się wyprostowałem dotarło do mnie, że mam już kilkaset metrów straty do pierwszego zawodnika, ale nawet nie wiem kto min jest. Czeka mnie teraz ponad 10km kręcenia i próba dogonienia rywala. Robiłem co mogłem, ale nie zmniejszyłem dzielącego nas dystansu. Co jakiś czas spoglądam do tyłu, ale ku mojemu zdziwieniu nikt do mnie nie dojeżdżał. Już wtedy dotarło do mnie, że mam szansę na dobre miejsce. Nawet gdzieś przez chwilę pojawiła się myśl o zwycięstwie. Impreza oczywiście jest towarzyska, ale powalczyć nie zaszkodzi. Koniec pierwszego odcinka rowerowego. Zmiana obuwia i …. nogi mam jak z ołowiu, spodziewałem się tego. Ciężko idzie mi przebieranie nogami, rozkręcam się dopiero po kilometrze. W planach mam zrobienie tej pętli nie wolniej, niż pierwszej. Chyba bardzo wolniutko zbliżam się do prowadzącego zawodnika, mimo tego nie mam szans zbliżyć się do niego. Ponownie siadam na rower, na drugim kółku dojeżdżam do rowerzysty, mówię do siebie: no to chłopie jesteś pierwszy, konkurencja pewnie złapała kontuzję. Naciskam mocno na pedały, wyprzedzam go. Utrzymuję tempo, pochylam się by zmniejszyć opory powietrza, a pełną szerokością ścieżki i ‘pobocza’ walkinguje sobie z kijami grupka kobiet. Jedna z nich nawet odwraca się, ale w ma gdzieś gnającego rowerzystę. Tuż przed nimi Ryczę „Uwaga”, skutkuje wolnym miejscem nawet na kilku bajkerów. Zbliża się koniec rowerowania, za mną nadal nikogo nie widzę, prowadzę! Wpadam w strefę zmian i tu czeka na mnie niemiła niespodzianka. Dowiaduję się, że jestem drugi i mam minutę straty. Trochę podupadłem na duchu, ale pomyślałem sobie, że mam jeszcze szansę.
Po poprzednich doświadczeniach postanawiam podczas zmiany butów lekko się rozciągnąć. Adam proponuje, bym jednak zakończył ten aerobik i ruszył do przodu. Nogi są ciężkie, ale jest dużo lepiej niż przy poprzedniej zmianie. Biegnę. Jak już pisałem, przez moją nieuwagę prawie pogodziłem się ze zwycięstwem. To daje mi niesamowitą motywację, do ostrego przyspieszenia, dania z siebie wszystkiego. Czy dam radę odrobić minutę?
Co odpowiada Słonik na pytanie na jaki czas biegniesz?: „NA MAXA”. I tym razem biorę z niego przykład. Odczuwam zmęczenie, ale to kółko jest to moją ostatnią już szansą na nadrobienie straty. Nogi są bardziej posłuszne niż na poprzedniej zmianie, rozkręcam się. Po dwóch kilometrach pogodziłem się z drugim miejscem, ale jak już zacząłem, to postanowiłem, że będę walczył do końca. Moje tempo nie jest płynne, zaczynam rwać. Ostatni kilometr biegnę jeszcze szybciej niż poprzednie, chyba pierwszy raz w życiu mam takie tempo podczas dłuższego biegu. Mój ‘cel’ jest już blisko, do mety zostało kilkaset metrów. Po sylwetce poznaję, że prowadzi mój kompan z pierwszej pętli. Wyprzedzam Go, spodziewam się ostrej walki, ale dostaję tylko gratulacje. Takie zachowanie nie jest porządku, tracę motywację do ostrego finiszowania. Przebiegam metę, jestem pierwszy,

Bieg odbył się w sobotę 2 lutego 2008 na Młocinach. Organizatorem biegu była grupa osób związana z projektem IM2010.

Dziękuję.


     Bartek Skalski